Przeskocz do treści

A było to tak:

Po moich "zderzeniach" z Panią Profesor Kluzowa nastąpiła długo przeze mnie nie oczekiwana wywiadówka. Wiedziałem że jak Mama wróci, to łatwo nie będzie. Miałem kilka zakonspirowanych pał, wiec wciry miałem murowane, dlatego zdążyłem się pogodzić z sądnym dniem. Mama poszła w mury szacownej uczelni, a długo mnie się ciągnął czas w oczekiwaniu na Jej powrót... Jak ci się nagle drzwi nie roztworzą!! Wpada oszalała kobieta z rozwianym włosem i obłędem w oczach!! Nic nie dyskutuję!! Wali biegiem prosto po pas wojskowy mojego nieżyjącego Dziadka. Trza dodać że mieszkaliśmy od szkoły może ze 100 metrów, toteż Matka Halina jak coś usłyszała w szkole, to nie zdążała ochłonąć i stawała na bieżąco w domu na świeżych przeżyciach po wywiadówkowych. Czytaj dalej... "Wywiadówka"

2

Wczoraj był Dzień Kobiet i przypomniało mi się pewne wydarzenie sprzed lat. Dokładnie było tak: Ja zwykle miałem mniej szczęścia. Zawsze mnie ktoś zauważył, złapał, zadenuncjował. Nie mam pojęcia, co kierowało radą pedagogiczną aby to właśnie Golcię wsadzić na deklamacje na akademii  z okazji Dnia Kobiet? Opinię miał lepszą ode mnie, no ale bez przesady! W naszej paczce wszyscy byliśmy łobuziory z górnej półki, i każdemu mogło się dostać... Po kwestiach uczelni sprawa była prozaiczna. Czytaj dalej... "Dzień Kobiet"

2

   Szkoła, szkołą, ale po prawdzie większość naszych przygód odbywała się poza nią. Było tak:

Chyba w 1975 roku w parku im. Jordana budowała się góra. Ta sama która stoi po dziś  dzień, nad sadzawką i służy w zimie dzieciakom do zjazdu na sankach lub nartach. Budowała się mozolnie i trwało to, i trwało. Kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń, gdyż taka góra mogłaby nam sprawić nowy, ciekawy klimat. Kiedy góra była już prawie ukończona, zjawiliśmy się tam po szkole w obsadzie: ja, Łyzia, Golcia. Golcia zabrał wtedy swój rowerek. Pooglądaliśmy, połaziliśmy, oki. Góra prawie skończona. Cały wierzchołek wyklepany jak pupcia niemowlęcia, tylko na samym dole jeszcze muldy po pracy spychacza. Padł pomysł od Łyzi: "Golcia, a jakbyś tak zjechał z niej na tym rowerze?". Spontan!! Czytaj dalej... "Wzgórze 345"

Koszykówka” była godziwą grą , ale to nie jedyna gra towarzyska znajdująca się w naszym szerokim wachlarzu rozrywek. Kolejną, wysublimowaną konkurencją była gra o dźwięcznej nazwie "Spluć - uciec", zchamszczonej przez wszech obecnych cyników nazwą "Zcharkać - długa". Uważam chyba słusznie, iż była to gra o wysokich walorach estetycznych, wymagająca skupienia, a skierowana do ludzi o miłym usposobieniu i dobrze rozumiejących jej zawiłe i arcyciekawe arkana. A zasady były takie: Czytaj dalej... "Spluć – uciec"

DCF 1.0

Na ostatnim piętrze naszej szkoły był wewnętrzny balkon, pod nim biegły schody. Na dwóch przeciwległych ścianach pod balkonem wisiały druciane kosze na kwiaty doniczkowe. Kosze były puste. Któryś z nas, czyli jak zwykle Łyzia, albo Golcia, a może ja, wpadł na pomysł interesującej rywalizacji sportowej: Należało wyszukać mokre i brudne szmacisko do ścierania tablicy, zwinąć je w kłębek, a następnie dowolną techniką rzucić szmaciskiem z balkonu do kosza. Za trafienie był punkt. Trafieniem nazywało się precyzyjne umieszczenie paskudnego motka w samym środku kosza. Czytaj dalej... "Koszykówka"