Przeskocz do treści

2

   Szkoła, szkołą, ale po prawdzie większość naszych przygód odbywała się poza nią. Było tak:

Chyba w 1975 roku w parku im. Jordana budowała się góra. Ta sama która stoi po dziś  dzień, nad sadzawką i służy w zimie dzieciakom do zjazdu na sankach lub nartach. Budowała się mozolnie i trwało to, i trwało. Kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń, gdyż taka góra mogłaby nam sprawić nowy, ciekawy klimat. Kiedy góra była już prawie ukończona, zjawiliśmy się tam po szkole w obsadzie: ja, Łyzia, Golcia. Golcia zabrał wtedy swój rowerek. Pooglądaliśmy, połaziliśmy, oki. Góra prawie skończona. Cały wierzchołek wyklepany jak pupcia niemowlęcia, tylko na samym dole jeszcze muldy po pracy spychacza. Padł pomysł od Łyzi: "Golcia, a jakbyś tak zjechał z niej na tym rowerze?". Spontan!! Czytaj dalej... "Wzgórze 345"

Koszykówka” była godziwą grą , ale to nie jedyna gra towarzyska znajdująca się w naszym szerokim wachlarzu rozrywek. Kolejną, wysublimowaną konkurencją była gra o dźwięcznej nazwie "Spluć - uciec", zchamszczonej przez wszech obecnych cyników nazwą "Zcharkać - długa". Uważam chyba słusznie, iż była to gra o wysokich walorach estetycznych, wymagająca skupienia, a skierowana do ludzi o miłym usposobieniu i dobrze rozumiejących jej zawiłe i arcyciekawe arkana. A zasady były takie: Czytaj dalej... "Spluć – uciec"

DCF 1.0

Na ostatnim piętrze naszej szkoły był wewnętrzny balkon, pod nim biegły schody. Na dwóch przeciwległych ścianach pod balkonem wisiały druciane kosze na kwiaty doniczkowe. Kosze były puste. Któryś z nas, czyli jak zwykle Łyzia, albo Golcia, a może ja, wpadł na pomysł interesującej rywalizacji sportowej: Należało wyszukać mokre i brudne szmacisko do ścierania tablicy, zwinąć je w kłębek, a następnie dowolną techniką rzucić szmaciskiem z balkonu do kosza. Za trafienie był punkt. Trafieniem nazywało się precyzyjne umieszczenie paskudnego motka w samym środku kosza. Czytaj dalej... "Koszykówka"

5

DCF 1.0

Jabłuszko!! Podstawa pożywnego drugiego śniadania za promieniejącej w rozkwicie, pustoszejącymi półkami komuny. Takie jabłuszko miał każdy, lub prawie każdy. Takie jabłuszko nadawało pompy prozaicznemu, kanapkowemu posiłkowi, a zakąnszanie nim drugiego śniadania stanowiło zwieńczenie owej konsumpcji. Jabłuszka były różne: Ligol, lobo, szara reneta lub choćby nawet sezonowa papierówka, jednak wszystkie odmiany łączy jedna cecha. Po ich spożyciu pozostaje na pozór zbędny ogryzek. Na pozór zbędny, gdyż w epoce naszej podstawówki był to przedmiot niezbędny.

Czytaj dalej... "Jabłuszko"

Nastąpiła przerwa pomiędzy lekcjami, to była długa przerwa, około 12-tej. Mieliśmy lekcje łączone wychowawczą z matematyką, obie prowadziła Pani Kluzowa. Skończyła się lekcja wychowawcza i miała się zacząć matematyki, lecz pomiędzy nimi odbyła się długa, 15-to minutowa przerwa. Stało się tak: Zaraz po dzwonku Pani Kluzowa przy biurku nauczycielskim pozostała, a ją natychmiast otoczyły chmary dziewczynek z pytaniami o swe sukcesy. Zjawisko miało oczywiste znamiona pod lizusostwa pospolitego, lecz stan męski nie zawracał sobie głowy oceną wydarzeń niegodnych uwagi. Nad biurkiem nauczycielskim poczęły padać pytania: "A jak mam z matematyki?", "A jak mam z tego czy z tamtego?", "A co jak tak, czy jak tak?". Czytaj dalej... "Stołeczek"