Przeskocz do treści

Nauczyłem się pływać w szambie.

 Było to w ubiegłym wieku, około 1978 roku. Tuż pod granicą ze Słowacją, w miejscowości Jaworki, nieopodal malowniczego wąwozu Homole. Kilka lat wcześniej komunistyczna władza ludowa, za naśladownictwem kołchozów sowieckich wymyśliła sobie, aby tam utworzyć bacówkę zmasowaną na kilka tysięcy owiec. Budowę rozpoczęto, kiedy po kilku latach budowy kazało się, że jest to projekt utopijny. Trzeba byłoby zatrudnić kilkudziesięciu baców, kilkudziesięciu juhasów, kilkanaście psów pasterskich, całą rzeszę pracowników obsługi higienicznej obiektu, etc. Prace budowlane przerwano, mimo że stał już ukończony budynek gospodarczo mieszkalny z płazów świerkowych, i zagroda 50 m długości na 25 m szerokości była już pod dachem. Całość wykonana z drewna na fundamentach żelbetowych, a kryta gontem. Monstrualny obiekt! Długo władza komunistyczna zastanawiała się, komu „wcisnąć” ten niefortunny „prezent”, aby nie rozniosła się wieść o niegospodarności i wydanej fortunie na budowlę która niszczeje. Rozwiązanie problemu wymyślono, i potężną bacówkę przekazano (najpewniej pod przymusem) Związkowi Harcerstwa Polskiego - na przyszłą stanicę harcerską. Oczywiście była to kolejna utopia, bowiem ZHP nie miało środków finansowych do adaptacji tak dużego obiektu na choćby nawet przaśny hostel. Przede wszystkim nie było tam doprowadzonej energetyki. Prąd zapewniał agregat wojskowy włączany na jedną godzinę przed nocą. Nie było sanitariatów, były budki zbite z desek. Wodę zapewniało źródło od strony słowackiej. Nie mniej jednak ZHP ofertę musiało przyjąć, więc przyjęło. Komuniści problemu się pozbyli na poczet odpowiedzialności zań w kierunku ZHP. Co by nie powiedzieć o komunie, zamysł komunistów był genialny, bo przerzucając utrzymanie obiektu na harcerzy, znacznie wydłużył jego destrukcję osłabiając czujność działaczy opozycyjnych. ZHP przyjął na klatę to „kukułcze jajo” i za sprawą zdobywania sprawności, ułatwień w kursach drużynowych, darmowych wyjazdów w fajne miejsce, zdobywało chętnych do wyjazdu w celu darmowej pracy przy bacówce pod granicą słowacką. Zadziałało to, bowiem przebywanie kilkunastu harcerzy na zmianę w bacówce, przedłużyło jej agonię o kilka lat. Ktoś coś naprawił, kilku przekopało rów, inni mieszali cement z piachem, monument nie walił się od spodu. Komuna była szczęśliwa. Na pobycie adaptacji bacówki byłem dwukrotnie, ale ta pierwsza w 1978 roku nauczyła mnie najwięcej. W drugiej klasy podstawowej mieliśmy obowiązkowy basen. Niestety nie nauczył on mnie pływać. Szkoła nie uczy pływać, nie uczy języków, nie uczy matematyki. Wszystkiego czego się nauczyłem, to z książek które przeczytałem. Wagarowałem aby książki czytać. Może dlatego teraz piszę?Nieopodal bacówki wybudowano obszerne szambo na poczet późniejszych odchodów tysięcy owiec. Miało 5m głębokości, 25m długości i 10m szerokości. Zbudowane zostało metodą wylewki żelazobetonowej, o bardzo trwałej konstrukcji. Wtedy w 1978 roku uczestniczyłem w pracach nad adaptacją obiektu, miałem 13-cie lat. Szambo zostało przez harcerzy uszczelnione, wymalowane wewnętrznie farbą do powłok zewnętrznych statków oceanicznych i stało się zwyczajnym basenem zaopatrywanym w wodę z pobliskiego źródła. Woda w nim była niezwykle zimna, bo wpływała i wypływała z niego woda źródlana, jednak to nam nie przeszkadzało. Lato tego roku było bardzo gorące, a pot lał nam się po tyłkach niemożebnie pracując przy wielkiej bacówce! W każdej wolnej chwili „wbijaliśmy” się do szamba - basenu celem ochłodzenia. Minął dzień, minął tydzień schładzania się w szambie, minęły dwa tygodnie, minęły trzy tygodnie, kiedy raptem nauczyłem się pływać w szambie techniką klasyczną (żabką)! Nauczyłem się pływać w szambie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *