Przeskocz do treści

Bliźniaki

Szyba

Było to w ubiegłym wieku, chyba w 1998 roku. Mieszkałem wtedy w dzielnicy krakowskiej - Kazimierz, a konkretnie na ulicy św. Sebastiana, o trzysta metrów od Wawelu. Obok kamienicy w której mieszkałem, zamieszkiwał człowiek, który sam wychowywał dwóch synów jednojajowych, bo żona Jego po prostu zmarła. Jeden miał na imię Jacek, drugi Wacek. Mieli po osiem lat. Rozrabiaki to były niemiłosierne, istne „diabły” znane na „dzielni” przez wszystkich jej mieszkańców! Oczywiście mieli mnóstwo wrogów, wobec swych pomysłów na skomplikowanie spokojnego życia swojego oraz rejonu, który był w ich władaniu. Głównym ich wrogiem był leciwy sąsiad z kamienicy naprzeciw, który notorycznie donosił na nich za onych wybryki ich ojcu. Faktem jest, iż miał na co albowiem chłopaki pomysłów mieli bez liku, a nie było tygodnia bez grubszej afery, o małych nie wspominając. Pewnego razu upalnego lata, postanowili poskładać samolociki z kartek wyrywanych z zeszytów, a maczając ich dzioby w atramencie, puszczali samoloty naprzeciw ulicy w otwarte okna sąsiada, namaszczając jego firany znamienitymi ornamentami osuwających się po nich samolotami atramentowymi ubarwiając je niczym we flagi czarno-białe kultowej kapeli „Republika”.

Lecz to było za mało, bo słabo było. Pomysły eskalowały! Chłopaki wymyśliły, żeby namaczać samoloty benzyną do zapalniczki ojca, i puścić samoloty w kierunku najpaskudniejszego dla nich okna! Nie było dziwne, że tym czynem wywołali pożar u znienawidzonego sąsiada. Najpierw zapaliły się firany, następnie lakier na framugach dostał temperaturę i stanął płomieniem, potem już było bardzo daleko od OK! Na szczęście w innym pokoju przebywał właściciel mieszkania, a wyczuwając woń spalenizny pospieszył na pokój ogarnięty ogniem. Gdy zobaczył co się dzieje, pognał do kuchni i z garów, napełniając je wodą na przemian zagasił pożar od zarodka! Jednak straty były poważne. Sąsiad nie chcąc ojcu „jednojajowców” robić kolejnych kłopotów, spotkał się z Nim i zapowiedział: „Nie chcę Panu robić problemów, bo po prawdzie powinienem powiadomić organy. Ale jeżeli mi pan naprawi szkody, zapomnimy o sprawie”. Ojciec chłopaków wyremontował nadpalony pokój sąsiada z naprzeciw. Czasy były to siermiężne, za każde przewinienie dzieciaki dostawały adekwatną karę cielesną w postaci bicia. Ojciec lał ich niemiłosiernie, by nad nimi zapanować! Po próbie podpalenia, również spuścił im niebywałe „wciry”! Tak czy owak po sprawie podpalenia minęło ze dwa miesiące względnego spokoju, kiedy drogi braci jednojajowych powracających ze szkoły, przecięły się ze znienawidzonym sąsiadem! Musiało się to odbić jakimś skutkiem emocjonalnym, bo najzwyczajniej Go spluli charkami spod dolnych partii płuc wielokrotnie i z zapałem! Oczywiście sąsiad udał się do rodzica chłopaków z pretensjami, co by wyciągnął konsekwencje wobec hańbiącego jego osobę czynu, ale ten już nie miał do nich siły. Posadził wtedy chłopców na kanapie jeden obok drugiego, a stawiając stołek naprzeciw usiadł na nim i patrząc w ich oczy, powiedział do nich tak: „Ja już was nie będę bił, bo nie chcę się nad wami pastwić. Kocham was najbardziej na świecie i poza wami nikogo nie mam, ale wy mi tylko powiedzcie dlaczego opluliście tego człowieka?”. Odpowiedzieli równocześnie, jak bracia Kiemlicze: „No, jak to dlaczego? Bo szedł!”. Obecnie „jednojajowcy” pracują gdzieś w Świecie. Jacek skończył Politechnikę, Wacek AGH.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *