Przeskocz do treści

Armata Łyzi

  Siedzę z Golcią na wykładzie w naszej uczelni, w pierwszej ławce jako największe „podpadziochy”, aby być na widoku wykładowcy. Łyzia zasiadał nieco dalej za nami z koleżanką Anią, bo był troszku mniej „podpadnięty”. Słyszę podczas wykładu, że Łyzia coś skrobie. Odwracam się do Niego, i zapodaję: „Co Ty tam dłubiesz?”. Odpowiedział szepcząc: „Dowiecie się na przerwie!”. Boguś lat osiem, miał zwykle usta niebieskie, bo przegryzał długopisy które ubarwiały Jego buzię na fioletowo. W zimie przychodził na uczelnię ze łzami w oczach, bo wiatr zimny mu je wymuszał, a my śmialiśmy się złośliwie, że biegnie do szkoły, a płakać Mu się chce z tego powodu. Wiedzieliśmy jednak, że Łyzia o 6 - tej rano ministrował do mszy w kościele Św. Anny, a ja ministrowałem o 6 - tej rano do mszy w kościele Kapucynów. Pomijając tą retrospekcję, Łyzia wydłubawszy już zasobną naważkę z zapałek, począł konstruować lufę z korpusu plastikowego długopisu, pozbawiając go o niepotrzebne wewnętrzne elementy. Kiedy uzyskał goły korpus, zatkał dziurkę od spodu kawałkiem zapałki, a następnie zasypał go naważką ze zeskrobanej siarki z zapałek. Zatkał to to przybitką z oderwanego fragmentu kartki z dzienniczka ucznia, a potem oderwał następny fragment i umieścił go we własnych ustach. Mielił go kilkanaście sekund, aż materiał nabrał sowicie wilgoci, a później wetknął w gardziel lufy dobijając do spodu wkładem do długopisu. Po tym zaczął „wiercić” zapał szpicem od cyrkla. Dowiercił się, kiedy już dzwonek na przerwę się odezwał. Podbiegliśmy do Łyzi. Ten podsypał troszku siarki z zapałek na zapał, zapałką potarł o zacier pudełka, i przyłożył ją do zapału armaty plastikowej. FUUHH!! Fuknęło i pocisk naśliniony wyleciał z impetem przelatując prawie metr! Staliśmy jak wryci! Zdolny był Boguś niebywale! Tęsknimy za Nim! „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem!”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *