Przeskocz do treści

Wsak

Poznałem tego człowieka, kiedy byłem żołnierzem. Było to w 1987 roku. Człowiek ten miał na nazwisko Wsak (zmienione na potrzebę opowiadania). Obserwowałem tego żołnierza z racji mojej ciekawości socjologicznej, a po tym skumplowałem się z Nim. Miał na imię Krzysztof, na nazwisko Wsak. Był z poboru młodszego, jednak zaintrygował mnie swoją postawą. Pochodził z niedalekiej miejscowości od jednostki wojskowej, w której zalegaliśmy. Krzysiek był niereformowalny! Był synem stolarza w czasach, w których drewno było w cenie. W roku 87’ zostałem przeniesiony z centralnej Polski do małej jednostki na południu Kraju. Byłem z tego kontent, gdyż zbliżenie się do miejsca zamieszkania wpływało korzystnie na kontakty towarzyskie z dziewczynami, które w Krakowie znałem w sporej ilości. Służba moja nie była łatwa, bo „zaginałem” w plutonach ochrony, co 24 h/24 h pod bronią, w zaprzysiężeniu pełniąc czynności bojowe w czasie pokoju i nie śpiąc co drugą noc. Nasza jednostka była mała, ale niezwykle aktywna w sensie stanu osobowego. Była to niezwykle barwna menażeria, do której mam nadzieję ładnie pasowałem i swą osobą wzorowo upiększałem faunę organizmu jednostki. Dość powiedzieć, że w przeciągu 2 lat na terenie wydarzyło się 7 wypadków nadzwyczajnych, w tym 3 śmiertelne. Jeden chłopak zastrzelił się, inny powiesił w szklarni, bo nie wytrzymał niesłusznych oskarżeń o kradzież termy, inny zginął pod pociągiem na „lewiźnie”. Inne, to zmielenie ręki przez maszynę do mielenia mięsa, sprawy prokuratorskie lub podobne. Jednostka maciupcia, licząca w swym największym rozkwicie nieco ponad 300-ta ludzi pełnego stanu osobowego, a wypadków nadzwyczajnych więcej niż w pułku!! W roku 1987, w sztabie głównym w Warszawie dostrzeżono naszą aktywność i wysłano na nasze skromne progi delegację w składzie generała i kilku pułkowników! Oczywiście wizytacja ona, jak to bywało w tamtejszych czasach, była zapowiedziana, stąd na jednostkę, a prędzej na jej stałą kadrę padł blady strach! I słusznie, gdyż sprawa była bardzo poważna, a „kadrowicze” żyli sobie na ten czas blisko Krakowa na ładnym wówczas osiedlu jak u Bozi za piecem, a mogli być w każdej chwili przerzuceni w każdą najbardziej zasyfioną dziurę w Kraju! Nas to mniej, więcej oblatywało, bowiem byliśmy na „kontraktach” krótkich, i każdy dzień zbliżał nas do wolności, mało tego, im bardziej miał „kadrowiec” przechlapane tym bardziej nas to cieszyło, bo nienawidziliśmy się obopólnie z siłą wodospadu! Oczywiście kadra nie chciała poddać się bez walki i przyjąć inspekcję na klatę, bez stosownej, a przed inspekcyjnej akcji udobruchajającej... Telefony musiały się ostro rozdzwonić celem ustaleń rytuału wizyty, gdyż nagle wiadomym się stało, że większość inspektorów to myśliwi. Wspólnie z tamtejszym Kołem Łowieckim poczęto organizować polowanie, a kucharz 3 dni przed godziną 0 (zero, przyp. autora) rozpoczął produkcję bigosu myśliwskiego. Charakterystycznym był fakt, iż inspektorowie pojawili się wraz ze strzelbami, sztucerami, drylingami i całą resztą wyposażenia myśliwskiego ale, bez mundurów żołnierskich. Zresztą nie były Im potrzebne ponieważ na terenie jednostki nie pojawili się, a od razu wbili się w kwestie myśliwskie! Informacje te pochodzą z relacji żołnierzy oddelegowanych do obsługi tego przedsięwzięcia. Podobno było pysznie! Zjechali ok. sierpnia 1987 roku, odbyło się polowanie a po nim biesiada, na której zajadano się godziwościami i bigosem myśliwskim, oraz za pękło wiele buteleczek produktu przemysłu spirytusowego. Tym sposobem sprawie obcięto jaja, jednak zostało zapowiedziane: „Panowie! Jeszcze jeden wypadek nadzwyczajny, a wszyscy lądujecie w dziurach pod Suwałkami!”! Tę złowrogą zapowiedź kadra naszej jednostki przyjęła sobie głęboko do serca, i słusznie, gdyż wobec wystąpienia kolejnego wypadku nadzwyczajnego, tak właśnie stałoby się mimo wypitej wódeczki i pysznego polowania. Nasuwało się wobec tego pytanie? Co będzie jeśli jednak taki wypadek nastąpi? Odpowiedź była prosta i dwuczłonowa. Po pierwsze, należy postępować tak, aby taki wypadek nadzwyczajny nie wystąpił, a po drugie, jeśli wystąpi to kwalifikować go tak, co by nie był wypadkiem nadzwyczajnym. Proste! Kadra poczęła inwigilację środowiska żołnierskiego, wypytywano jednych o drugich, piątych o dziesiątych, rozpracowywać „kręgi wpływów”, wypytywać o kwestie „fali”, zaistniały pogadanki na temat „etyki socjalistycznego żołnierza” itp... Słowem, rozpoczęto działania prewencyjne w strachu przed kolejnym wypadkiem nadzwyczajnym. Szczególnie uaktywnił się „polityczny” (z-ca dowódcy do spraw politycznych. przyp. autora) w randze kapitana, pragnąc za wszelką cenę rozgryźć nieistniejącą „siatkę” zagrażającą kadrze. W tym oto klimacie przyjechał do naszej jednostki Krzysiek Wsak, postać niepozorna, rzekł bym pospolita. Jednak przyjechał z kwitem do odbycia kary aresztu 14 dni, co mnie urzekło naj sam przód w tej postaci, nie znając Go dotychczas. Wyczułem, że za Tym człowiekiem płynie indywidualna jednostka osobowa, warta analizy. Nie pomyliłem się. Kiedy opuścił areszt najpierw rozmawialiśmy szczątkowo, potem częściej, następnie już bardzo często. Ciekawa była to postać! Jego ojciec był stolarzem z nieodległej wioski. Robili dobrą kasę i radzili sobie. Ale młody Wsak dostał powołanie! Dostał? Więc się stawił. Wsak był niereformowalny. Kadra miała z Nim duże problemy, ale my lubiliśmy człowieka za jego tą niereformowalność. Nie potrafił się przystosować, zaadaptować. Nienawidził kadry, a kadra nienawidziła Jego. Został odsunięty od broni, pomykał w plutonie obsługi. Często uciekał z jednostki na tak zwaną lewiznę i wracał pijany w trzy d..y. Kadra bardzo Go nie lubiła, a w szczególności por. Dalejbrama (nazwisko zmienione). Pewnego razu Wsak wrócił z lewizny nawalony przykładnie, ale z termosem piwa dla kolegów... Termosem wojskowym 20 litrów! Było bardzo miło... Chłopacy się "nadzwonili", że "się masz Bolo"! Ale wtedy Wsak koncertowo!! Łaził i klął o swej nienawiści wobec kadry! Próbowaliśmy chłopa uciszyć, ale bez rezultatu. Normalnie zakręciło Go po całości! … a był to dzień, już wieczór bardziej, w którym por. Dalejbrama pełnił obowiązki oficera dyżurnego, a opiekuna kompani sprawował niejaki sierżant o ksywie „Franek” (prawdopodobnie z racji posiadanego imienia Franciszek), ja byłem wen czas na służbie, i będąc w zaprzysiężeniu rozprowadzałem żołnierzy na posterunki w/g rozkazów i regulaminów. Kiedy Wsak szalał na kompani, ja byłem na wartowni głównej otrzymując wieści pantoflowe co się dzieje na kompanii, a które były wyłączone poza wiedzę oficera dyżurnego, gdyż Franek na kompani próbował powstrzymywać Wsaka wiedząc o jego znienawidzeniu oficera dyżurnego wobec Niego! Pozwolę sobie na pewną retrospekcję: Geneza tej obopólnej nienawiści jest trudna do ustalenia, jednak skłania się do stwierdzenia iż por. Dalejbrama był służbistą, o sztywnym kręgosłupie regulaminowych postaw żołnierskich, zaś Wsak ze wszech miar „luźnym Ziutkiem”, który do wojska nie pasował w żaden sposób! Jako, że jednostka nie była duża Wsak na Dalejbramę musiał jakoś natrafić, jednak nie wiadomo od czego się zaczęło. Zresztą nie jest to istotne wobec faktu głównego, i eskalacji ich wzajemnej nienawiści. Ścierali się przy każdej sposobności, jednak w powszedni dzień Dalejbrama Wsakowi niewiele mógł dopiec, ale inaczej już było kiedy Dalejbrama przejmował funkcję oficera dyżurnego. Wtedy przyjmował władzę nad jednostką z możliwościami wydawania poleceń i rozkazów wojsku, oraz nakładania kar za ich nie wykonywanie. Wen czas pastwił się na Wsak'u niemożebnie wydając mu dziwne polecenia a za ich kulawe wykonanie, niewykonanie lub odmowę wykonania karami aresztu. Wsak w areszcie siedział na tyle często, że regulaminowy przydział żołnierski na pobyt za kratą wyczerpał w try miga i zawsze za sprawą por. Dalejbramy. Im częściej Wsak „siedział” tym bardziej był nienawistny, im bardziej był nienawistny tym bardziej oporny, im bardziej oporny tym częściej karany, no i, limit kar mu się wyczerpał więc? Wylądował w jednostce karnej w Orzyszu, w przepięknej okolicy Mazur nad jeziorem Orzysz. Te przymusowe „wakacje” zafundował mu por. Dalejbrama. Po miesiącu „wakacji” Wsak wrócił do naszej jednostki. Próbowałem z nim o tym rozmawiać, ale nie był wylewny toteż biorąc pod uwagę że chyba nie było łatwo, nie nalegałem. Przez pierwszy tydzień było „jak cie mogę”, ale w następnym por. Dalejbrama miał służbę oficera dyżurnego, i oczywiście doszło do kolejnej scysji pomiędzy rzeczonymi. Wskutek Wsak pomaszerował z powrotem do znajomej jednostki karnej w Orzyszu o przepięknej, mazurskiej okolicy. Przebywał tam oddychając świeżuchnym powietrzem kolejny miesiąc. On tam przebywał, a ja się zastanawiałem jak ten chłopak daje sobie radę kolejny raz w jednostce karnej, i wytrzymuje szykany za winność, lub niewinność czymkolwiek ona jest, lub nie jest. Wsak powrócił do jednostki, jeszcze bardziej luźny, ale nienawistny do kadry krystalicznie! Nienawidził wszystkiego zielonego, a najbardziej Dalejbramy.. Po tej istotnej retrospekcji, powracam do ciągu dalszego historii opisywanej. Wsak szalał na kompani ! Franek nalegał: „Wsak połóż się, prześpij a jaj nie będzie.. Daj już spokój”. Wsak odkrzyczał: „Jakie jaja Franek? Jakie jaja? Jaja to są teraz, a będzie jeszcze milej! Wyluzakowuj i napij się z nami!”. Sierżant Franciszek był prostym człowieniem i zniecierpliwił się! Odpowiedział: „Wsak dzisiaj trzyma oficera dyżurnego por. Dalejbrama! Uspokój się, a nie będzie kłopotów!!” … Nie był to dobry pomysł Franka, aby instruować Wsaka w głębokim upojeniu alkoholowym, kto jest obecnie oficerem dyżurnym, bo kiedy Wsak usłyszał słowo "Dalejbrama", zadziałało to na Niego jak czerwona płachta na byka i eksplodował!! Jak Wsak usłyszał od Franka, że Dalejbrama jest na dyżurce, to diabeł w Niego wstąpił! "Co? Dalejbrama trzyma oficera dyżurnego? O, ku..wa! Franek, to ty już mnie od razu zamknij w anclu (areszcie przypis autora), bo jak do niego pójdę to sk..na zabiję!" - krzyknął Wsak. Franek się wystraszył, bo groźby pijanego Wsaka były realne w wyrazie kwestii. Kazał Wsaka zatrzymać kilku gościom żołnierskim, i zadzwonił na dyżurkę do Dalejbramy, że prowadzi pijanego Wsak'a do niego, do aresztu. Dalejbrama się ucieszył! Ma Wsaka jak na patelni, a po dwóch Orzyszach może Go umiejscowić w więzieniu!! Perełka!! Kiedy Franek prowadził Wsaka na dyżurkę, a droga miała ze 200 metrów, Wsak darł się w szale: " Dalejbrama! Idę do ciebie ty komunisto pie..ny! Zamknij mnie dobrze, bo jak cie dopadnę to nie tylko ciebie, ale was wszystkich komunistów na jednym drzewie powywieszam!!". Dalejbrama czekał na Wsaka osłuchując się Jego bluźnierstw, osłuchiwała też cała jednostka w oknach, mimo że wieczór był mroźny. Wsak spoczął w areszcie, oj spoczął nareszcie. Zamknęliśmy Wsaka jak ta lala w naszym areszcie na wartowni w której pełniłem służbę zastępcy dowódcy warty. Na moje nieszczęście dowódcą warty był młody żołnierz zaraz po szkole wojskowej w randze plutonowego i kiedy zobaczył problemy, w strachu przekazał mi dowództwo nad stanem warty w ten sposób: „Nie wiem co się dzieje, idę spać i przekazuję ci dowodzenie wartą!”. Poszedł w salę sypialną i nakrył głowę poduszką! Ale syf, zostałem ze sprawą sam. Nienawiść pomiędzy bohaterami mojej opowieści była twardo zakorzeniona, następnie mocno gruntowana, i w końcu starannie pielęgnowana i podlewana nawozem o najwyższej skuteczności, a gdyby pojawił się jakikolwiek śmiałek twierdzący, iż występują jeszcze jakiekolwiek nadzieje na pojawienie się strzępu porozumienia między nimi...? Byłby to ciężki kretyn!!! Kiedy zamykaliśmy Wsak'a, Dalejbrama triumfował, satysfakcję miał nieziemską, a jako człowiek prosty i pusty, wcale nie usiłował tego skrywać. Szczęśliwość i radość malowała się na jego licu cudownościowa z tak niespodziewanej niespodziewajki! Ale, cóż... Służba nie drużba, Dalejbrama w swej szczęśliwości musiał zająć się obowiązkami, my własnymi, a Wsak odbywaniem kary ograniczenia wolności. Aby kontynuować muszę teraz opisać topografie naszej wartowni. Otóż pokrótce: Drzwi na wartownię były zamykane tylko na solidną zasuwę. Za nimi szedł prosty korytarz. Idąc nim mijamy po lewej pokój dowódcy warty, po prawej kible. Dalej po lewej sypialnie, po prawej kuchnię. Następnie po lewej pomieszczenie gospodarcze, po prawej szatnię. Idziemy prosto i dochodzimy do solidnej kraty zamykanej na kłódkę, to krata do aresztu! Przemieszczając się nadal prosto ale już za kratą, mijamy po lewej kibel dla aresztantów, a po prawej celę nr.1. Całość kończy się celą nr.2, naprzeciw. Istotne dla dalszego zrozumienia wypadków, jest że cela numer dwa jest naprzeciw kraty. Ale zostawmy to ponure miejsce i powróćmy do pokoju dowódcy warty celem kontynuowania opowieści w nieco przyjemniejszych warunkach. Kiedy zamknęliśmy Wsaka w celi numer jeden posadziłem siebie w foteliku i zapewne zliczałem, ile mnie zostało dni do końca służby. Od zamknięcia Wsaka minęło z pół godziny, kiedy tenże nawołuje mnie. Udałem się do aresztu sprawdzić, co Wsak pragnie mi przekazać. Otwarłem kratę i stanąłem przed pierwszymi drzwiami po prawej, czyli celą Wsak'a do której Go wsadziliśmy. Pytam: „No, i co tam Wsak”u?”. Odparł nawet dość w humorze: „Oprócz tego że mi się chcę lać jak cholera po tym piwie, to nic. Wypuść mnie bo chcę się odsiurać wzorcowo!”. Ha! Dla Wsak'a wszystko było zawsze proste, jednak nie zawsze było proste po prawdzie życia realnego, stąd komunikuję Wsak'owi: „Stary! Nie mogę Cię wypuścić bez powiadomienia oficera dyżurnego, że aresztant opuszcza celę. Muszę do niego zadzwonić, bo może mnie zrobić sprawę prokuratorską o złamanie regulaminu podczas pełnienia służby w zaprzysiężeniu na służbie pełnionej w warunkach bojowych podczas pokoju! Mnie może grozić sąd polowy! (przesadziłem na wyrost, przed lękiem nad konsekwencjami). Pierwszy raz jesteś w areszcie? Chłopie, on odgrażał się że Cię wsadzi do pierdla i teraz łazi dookoła wartowni i podpatruje co się dzieje wewnątrz!!”. Wsak się zniecierpliwił i trąc kolanami zapodał: „ Gó..o mi zrobi! Jak mnie wsadzą do pierdla to będzie wypadek nadzwyczajny i ich wszystkich porozsyłają w najgorsze dziury w Polsce! Ale dzwoń do ch..a, bo się zaraz poszczam w spodnie!”. Tu Wsak miał głęboką rację, gdyż przypominam że nad jednostką wisiała „klątwa: „Jeszcze jeden wypadek nadzwyczajny, a rozwiązujemy kadrę jednostki!”. „Klątwa” ze sztabu z Warszawy..!! Pytanie? Jak się dowiedział o niej Wsak? Odpowiedź.. Polowanie sztabowców obsługiwali żołnierze z jednostki! Hę, jak mawiał Stalin: „Jeżeli wie więcej niż jeden, to już nie ma tajemnicy.”.. Ale do rzeczy. Pobiegłem tedy do Dalejbramy który przebywał na dyżurce za ścianą, bo rozdzwanianie telefoniczne trwałoby dłużej i meldując się osobiście oznajmiam: „ … i Wsak prosi o opuszczenie celi celem oddania moczu!”. Dalejbrama przyjmując mój meldunek odwrócił się do mnie na fotelu obrotowym, i z dziką satysfakcją odpowiedział: „Niech szcza pod siebie! Odmawiam wypuszczenia aresztanta z celi..”. Wróciłem na wartownię, idę do aresztu. Przekazuję Wsak'owi co nakazał oficer dyżurny: „..masz szczać pod siebie, i nie wolno Cię zwalniać z celi!”. Wsak przyjął wiadomość, i zaczęło się na powrót! Ryknął: „No to teraz zobaczymy!!”. Zaczęło się!! Trwało to z półtorej minuty, może trzy!! Wiele w życiu widziałem, ale takiej półtorej minuty niewiele. W cyrku nawet byłem, ale czegoś podobnego w życiu nie widziałem! Ja jako postać ździebko złośliwa, na miejscu Wsaka odsiurałbym się na drzwi co by ciepluńki moczyk wypłynął sobie szparami z gracją na korytarz, ale Wsak'owi mocne wzburzenie emocjonalne najwidoczniej zblokowało zwieracze gdyż miast dać upust czynnościom fizjologicznym, zajął się skwapliwie wpadaniem w nie wyobrażalny szał!! Chłop normalnie wpadł w jakowyś amok! Na „dzień dobry” zajął się tzw. „kojem” (łóżko w celi, przyp. autora) które wisiało na zawiasach od ściany i łańcuchach (celem jego składania do ściany), a pod nim dwa taborety wmurowane w betonową podłogę. Złapał za kojo i w zapamiętaniu począł walić nim o napinające się łańcuchy. Czynił to tak sprawnie, jakby niczym innym się w życiu nigdy nie zajmował! W efekcie w try migusia łańcuchy puściły, a kojo opadło i wsparło się na wmurowanych pod nim taboretach. Wsak walił nadal ciskając kojem o taborety! Z koja zaczęły odchodzić deski. Wsak walił, a deski odpadały. W minutę, nasz bohater wobec wykonywanej pracy, zrobił się szczęśliwym posiadaczem sześciu 2 metrowych „dwucalóweczek” (grubość deski, przyp. autora). Wsak zręcznie złożył uzyskany materiał w sporszawą beleczkę i zdejmując z siebie wierzchnie okrycie przewiązał nim poskładane deski w środku ich długości, uzyskując tym sposobem skuteczny taran! Do tego momentu oglądałem to zjawisko przez wizjerek w drzwiach celi Wsak'a, ale przeczuwając co będzie dalej, uciekłem w pomieszczenia wartowni zamykając za sobą kratę, motywowany dodatkowo zdaniem Wsak'a wypowiadanym emocjonalnie podczas Jego działań, a skierowanym w adresie do oficera dyżurnego: „Idę do ciebie sk….nu!”. Wsak zrobił z taranu użytek! Rozpędzał się z końca celi i napierał na jej drzwi. Co ciekawe, drzwi wytrzymały! Były poskładane na przemian z desek i obite blachą z dwóch stron! Solidna konstrukcja. Nie wytrzymały natomiast framugi! Wsak powalił drzwi celi z framugami! Normalnie wyrwał je od ścian! Położyły się składnie! Wsak opuścił celę! ...opuścił ją w niecałą minutę! Pozostała krata którą za sobą zamknąłem. Wsak otworzył celę nr.1 znajdującą się naprzeciw kraty. W celi nr. 1 przebywali aresztanci z innych jednostek nie posiadających aresztu. Kiedy Wsak otworzył ich celę schowali się pod koja w panice słysząc co się dzieje! Wsak otwierając ich celę przeprosił: „Sorx koledzy, ale potrzebuję waszych drzwi!”, i począł zdejmować je z zawiasów. Kiedy je zdjął, dźwignął owe i cofając się do końca celi nr.1, zaatakował nimi kratę! Krata się położyła. Wyrwał ją taranem ze ścian! Wsak wpadł na wartownię posługując się gołymi rękami w półtorej minuty! No może dwie z hakiem. W tym czasie zdążyliśmy zaledwie zabezpieczyć amunicję w kasie wartowni. Dlaczego Dalejbrama nie słyszał rumoru powodowanego przez Wsaka działalność? Hałas był przecie potworny!! Nie wiem, słuchał telewizorni? Cela była daleko? Wsak wpadł na wartownię, pochwycił dwa kałasznikowy za lufy jak maczugi, i pognał na dyżurkę wobec naszej zaskoczki. Wszystkim nam „kopary opadły”! Wsak wyszedł z aresztu zabierając nam 2 kałasze w wersji AK-47, czyli z kolbami drewnianymi, ale na szczęście bez amunicji. Otwierając sobie nogą zasuwę od drzwi wartowni, pomknął w kierunku dyżurki. Ruszyłem za Nim, a za mną reszta chłopaków gdyż było oczywiste, iż Wsak pomyka celem pozbawienia czynności życiowych swego wroga, chorążego Dalejbramy! Kiedy wpadłem za Wsak'iem na dyżurkę, zobaczyłem że Dalejbrama szamocze się z kaburą pistoletu! Jasna cholera! Byłem za Wsakiem, czyli na linii ognia Dalejbramy! Uchyliłem się za winkiel i krzyczę: „Reszta za mną, kryć się!”. Chłopaki zapadli za mną.. Wychyliłem głowę patrząc co się dzieje w dość dużej zatrwożce! Dalejbrama szamotał się z kaburą usiłując wydobyć pistolet z którego niechybnie skorzystałby, gdyby nie Wsak przystawiając mu kolbę jednego z kałasznikowów do gardła, a drugi trzymając w drugiej ręce jak maczugę wypowiedział: „Rusz się, a łeb ci rozpieprzę z rozkoszą!”… Dalejbrama zamarł! Jeden i drugi ocierali się o śmierć! Chwila ta trwała w nieskończoność... Sytuacja patowa... I przerwał ją Wsak! Rzucił Dalejbramie kałasze na kolana, i wykorzystując jego zaskoczenie oddalił się niezwłocznie w czeluść jednostki z okrzykiem: "Idę się odlać!!"… Dalejbrama złapał za telefon i wydzwonił pogotowie wojskowe. My wyszliśmy zza winkla... Pogotowie wojskowe było na wyjeździe, nie mogło przyjechać. Dalejbrama wydzwonił pogotowie cywilne, przyjechało w 3 minuty! W międzyczasie wydawał rozkazy warcie: "Warta pod broń, melduje się pod dyżurką!". Stanęliśmy pod wartownią w pełnym uzbrojeniu, odzyskawszy amunicję z kasy wartowni. Pogotowie cywilne zajechało pod bramę główną nie spodziewanie szybko, wysiadł lekarz i sanitariusz. Zresztą później Dalejbrama miał kłopoty o sprowadzenie cywilów. Wojsko nigdy nie lubiło takiej sytuacji, bo wszystkie kwestie zawsze załatwiało się własnymi środkami, bez pomocy z zewnątrz, niezależnie od skali kwestii... Ale do rzeczy! Lekarz zadał pytanie: „Co się dzieje panowie?”. Dalejbrama zaczął gorączkowo opowiadać przebieg wydarzeń, zaprowadził lekarza na wartownię i okazując mu bałagan dokonany przez Wsak'a... Na zakończenie zakomunikował lekarzowi: „… no i trzeba ująć wariata i zabrać go do psychiatryka!!”. Lekarz był pod wrażeniem, nie ma lipy, naprawdę się zdziwił... Odpowiedział Dalejbramie: „A to niby ja mam go złapać na waszej jednostce? Czyś pan zgłupiał? Facet wyszedł gołymi rękami z aresztu, a ja mam go złapać? Toż to samobójstwo! Pan sobie go złap, ubierz w kaftan który wam dam, a my go zawieziemy..”. Dalejbramę wcięło... Popatrzył na nas. „Złapać Wsak'a!” zakomenderował. Spojrzałem na chłopaków, chłopaki na mnie. Dalejbrama ryknął: „To rozkaz! Naprzód!”. Hm.. Krzyknąłem do chłopaków: „Słyszeliście? Wykonać!”, i pobiegliśmy za oszalałym Wsak'iem w buciorach, hełmach, z kałaszami, upchanymi ładownicami a On pomykał po jednostce w trampeczkach... Ciemno się już zrobiło, niewiele było widać, sylwetka Wsak'a migotała to tu, to tam… Goniliśmy Go niechętnie bo lubiliśmy chłopa, więc bez większych szans na schwytanie. „Goniliśmy” tedy Wsak'a dość niechętnie, ale według rozkazu Dalejbramy, musieliśmy. Wsak sprytnie nam utrudniał swoje ujęcie podejmując ciekawą taktykę. Uciekając przed nami szukał jakiegoś przedmiotu i zawsze go znajdował. Z reguły był to jakiś sporszawy kamień otaczający bieżnię, lub inny znaleziony przedmiot podczas ucieczki. Kiedy doganialiśmy Wsak'a do około 30 metrów, Wsak ciskał przedmiotem w przestrzeń powietrzną! Było już ciemno, przedmiot w powietrzu! Gdzie spadnie? Kryliśmy się, a Wsak uzyskiwał kolejne metry dystansu. Trwało to do 1-wszej w nocy. Dlaczego Wsak nie uciekł poza jednostkę? Bo gdyby to zrobił, to Dalejbrama wezwałby WSW i zrobiłaby się sprawa prokuratorska. Owszem kadrę rozesłano by w najczeluścieniowsze krainy Państwa, ale Wsak spoczął by tedy w kryminale na parę dobrych latek… Jaki Wsak był pijany, tak nie był do końca głupi! Chyba Wsak'owi alkohol zaczął wietrzeć z organizmu, bowiem już Jego wysiłki zaczęły spadać na intensywności... Już miał ruchy wolniejsze, już Mu wyraźnie przestawało zależeć na zachowaniu wolności za wszelką cenę i już Go nie cisnęło na pęcherz tak, jak parę godzin temu.. Około 1-szej w nocy, nie można powiedzieć co by się poddał... Po prostu dał się ująć. Zaprowadziliśmy Wsak'a pod wartownię. Czekał tam Dalejbrama, kilku kolegów z wartowni zmobilizowanych przez Dalejbramę, lekarz, sanitariusz i kierowca karetki. Kiedy zjawiliśmy się w miejscu, lekarz z sanitariuszem we współudziale kierowcy sprawnie włożyli Wsak'a w kaftan bezpieczeństwa, a wiążąc Mu rękawy na plecach cisnęli Wsak'iem w karetkę… Żal mi się zrobiło chłopaka wobec zjawiska chwili, jednak cieszyłem się bo po takim „numerze” było oczywiste, że Wsak do wojska już nie wróci. Znaczy, że wywalczył sobie wolność z dużym wyp…em! Wrzucili Wsak'a do karetki. Ale Wsak wobec obleczenia w kaftan dostał kolejnego szału! Począł ciskać się w karetce! Dalejbrama rzucił kierowcy: „Na dziewionę!!” (psychiatryczny ddział dziewiąty szpitala wojskowego na ul. Wrocławskiej w Krakowie. przyp. autora) . Karetka odjechała z Wsak'iem. Odjeżdżała coraz dalej, a jej światełka chybotały się w czerni, jakoby z najtrudniejszym terenem walczyły... Pomyślałem: „Żegnaj Wsak'u! Bo już się nie zobaczymy… I gratuluję pomysłu na wyhuśtanie się z wojska…”. Przez dwa tygodnie nie było w jednostce innego tematu, jak spektakularne wymixowanie się Wsak'a z armii. Zazdrościliśmy Mu wszyscy tego faktu w swej istocie, ale głównie determinacji z jaką do niego doprowadził, a że był w zamroczeniu alkoholowym nie miało dla nikogo z nas żadnego znaczenia. Ja sam analizowałem na własne potrzeby, skąd u Wsak,a była tak silnie zakorzeniona nienawiść do komunistów.. Trzeba wiedzieć iż 90% kadry należała do PZPR w tym Dalejbrama, stąd okrzyki Wsak,a kiedy Franek prowadził Go do aresztu miały swe uzasadnienie w faktach. Jednak młody chłopak urodzony w komunie... Z podkrakowskiej wsi... Z taką nienawiścią? Tego nie do dedukowałem nijak... Ale z pewnością pochodził z silnie patriotycznej rodziny. Ja w odróżnieniu od Wsak,a siedziałem cicho jak trusia... Po kądzieli pochodzę od szlachty, po mieczu od rycerstwa z tradycjami krucjat krzyżowych, dziadek był pilotem i po zestrzeleniu w kampanii wrześniowej przejął dowództwo nad oddziałem BCh AK, drugi dziadek uciekinier z transportu do Ostaszkowa, wuj internowany po 13-tym grudnia za swe „bezeceństwa” wobec komuny, siostra rozprowadzająca „bibułę” jak oszalała, ciotka w Australii, stryj od Andersa osiadły w Argentynie.. „Lepszego” CV na tamte czasy nie można było sobie wymarzyć, aby po spokojności odbyć zaszczytny obowiązek służby wojskowej. Podczas służby w wojsku podsunięto mi kilka ankiet do wypełnienia.. Na wszystkie kłamałem. Miałem szczęście.. Gdyby mnie zweryfikowano i odkryto choćby jeden fakt, moja służba przeistoczyłaby się w gehennę... Dwa lata trwałem w stresie co by fakty z historii rodziny nie ujawniły się, odbywając służbę wojskową, a czasy to były przecie takie, że za słowa wypowiadane przez Wsak',a szło się do więzienia. Ale do rzeczy! Areszt został odremontowany przez służby remontowe, życie jednostki się nie zmieniło. Minęły dwa tygodnie, i siedzę sobie na palarni i jaram szlugi, papierosy... Dzień był jeszcze ciepły mimo zaawansowanej jesieni, generalnie, fajnie, troszku zimno, ale słonko dociepla. Stary żołnierz już byłem, pasicho opuszczone po same jajca, opinacze w bucikach rozluzowane wzorcowo, buźka niedogolona, słowem elegancko! Siedziałem tak sobie sielankowo zaciągając się co i po rusz wyrobem przemysłu tytoniowego, a obserwując z satysfakcją jak zazdrosne młode wojsko na mnie spoziera, czułem się dobrze. Byłbym w spokojności posiedział tak jeszcze z kilka chwil, ba może nawet kolejnego szlużka zaciął bym, gdyby mojej uwagi nie zwróciło ożywienie na dyżurce przy bramie głównej. Odległość była spora, może jakieś 100 metrów więc postaci nie identyfikowałem personalnie, ale widziałem że jakiś żołnierz w mundurze wyjściowym próbuje się w czeluść jednostki dostać czyniąc formalności do jej dostępu. Po dwóch minutach wszedł i udał się w kierunku sztabu. Palarnia była zaraz obok, stąd żołnierz zbliżał się również w moim kierunku. Kiedy zbliżył się do sztabu zacząłem rozpoznawać sylwetkę, następnie twarz.. Jasny gwintek!! To Wsak?? Niemożliwe!! Wyrwało mnie z palarni, podbiegłem bliżej.. Żołnierz otwierał już drzwi sztabu, a ja rozpoznawałem w nim coraz bardziej osobę Wsak,a.. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom krzyczę: „Wsak! To Ty!??”. Żołnierz spojrzał na mnie i w rozbrajającym uśmiechu odpowiedział: „Tak Robert, to ja..”. Wcięło mnie po całości, normalnie rozwaliło, ale zemocjonowany pytam Wsak',a: „Człowieku! Ja już myślałem że Cię w wojsku nigdy nie zobaczę, co się stało?”. Odrzekł: „Też tak myślałem, ale wydarzyły się pewne niespodziewane rzeczy. Opowiem ci, ale muszę teraz zameldować się u dowódcy jednostki bo dzwonili ze szpitala, że przyjeżdżam. Zamelduję się, przebiorę w polówkę, ogarnę i spotkajmy się w kiblu na szlugi i opowiem ci... Za godzinę w kiblu!”. Wszedł do sztabu... Po godzinie czekałem Wsak'a w kiblu... Przyszedł w końcu nieco spóźniony...„Opowiadaj!”-zapodałem. Wyciągnął peta z ramki, przypalił, sztachnął się, i zagaworzył: „Widzisz, jak mnie zawinęli wtedy z jednostki karetką w kaftanie to wq…łem się ździebko, więc wstrzyknęli mi głupiego jaśka... Wnieśli mnie na dziewionę, potem zasnąłem... Ocknąłem się rano na dziewionie... Zacząłem rozmyślać co się stało. Dotarło do mnie i już wiedziałem, że do jednostki nie wrócę. Zrobią ze mnie wariata, i wracam do domu... W pierwszym dniu na dziewionie doszedłem do siebie i zacząłem poznawać ludzi, a przekrój był godziwy. Jakieś oszalałe trepy (żołnierze zawodowi, przyp. autora), pułkownicy, majorowie, porucznicy, sierście (sierżanci, przyp. autora), i tacy jak ja... Większość alkoholicy. Dwa dni spędziłem na poznawaniu wiary, ale czwartego pojawił się temat! Robimy gorzałę! Trepy zrobiły ściepę (zrzutkę, przyp. autora) na parę flaszek i wobec najmłodszego czyli mnie, wysłali po zakup odpowiedniego artykułu. Wziąłem kasę i poszedłem pod „figurkę” (miejsce sprzedaży nielegalnego alkoholu na placu Stary Kleparz, jest tam figura Matki Boskiej, stąd nazwa.) aby nabyć kruszec. Kupiłem pięć flaszek jak należało i idę do szpitala, ale po drodze pomyślałem... No, po co ja mam do nich wracać? Przecież ja już mam alkohol. Trzy dni pomykałem po piwnicach nieopodal osiedlowych i siorbałem to co nabyłem za kasę trepów, a kiedy się skończyło wróciłem do szpitala... Na dzień dobry trepy chciały mnie zabić, stąd zamknięto mnie do izolatki w celu uratowania życia, ale dyscyplinarnie skierowano do macierzystej jednostki.. Ot, jestem!”. Mało nie wpadłem w rozpacz! „Wsak! Zmarnowałeś taką akcję!!” – złapałem się za głowę. „No, wiem, wiem, wiem ale ja zawsze wcześniej robiłem, a potem myślałem.. , ale nie przejmuj się bo i tak mnie stąd wykopią.. , pomysłu na mnie w tym obiekcie nie mają ani oni, ani ja.. , a ukarać mnie nie mogą.” – odparł mi rezolutnie Wsak. Hmm, trochę racji miał tylko że ja właśnie z wojska wychodziłem, a On niepotrzebnie do niego wracał marnując po całości swoją spontaniczną akcję. Dwa tygodnie później byłem już w „cywilu” i o wojsku, Wsak,u zaczynałem zapominać nadrabiając zaległości w kontaktach z koleżankami. Po dwóch miesiącach spotkałem Wsak'a przypadkiem pod DH „Jubilat”.. „No, witaj chłopie!! Czyli jednak się Ciebie pozbyli!! Gratuluję!!” – drę się na powitanie. „Ano strzałeczka! pozbyli, oj pozbyli, nie mogli zdzierżyć mojej tam obecności hehe..” – wyjaśnił Wsak. Poszliśmy z kolegą do pobliskiej knajpki, pogadaliśmy z pół godziny i rozstali na zawsze. Więcej już Wsak'a nie zobaczyłem i na tym mógłbym zakończyć opowieść o tej nieco dziwnej postaci, ale po ok. 7-miu latach napotkało mi się zaskakujące wydarzenie.

Byłem wen czas umówiony z pewnym urzędnikiem pewnej gminy na Podhalu, celem omówienia zagadnień pewnego przedsięwzięcia gospodarczego. Przyjechałem na umówiony dzień oraz godzinę i stawiłem się w sekretariacie tego urzędu. Przyjęła mnie Pani sekretarka z przykrością informując, iż Pan urzędnik musiał się udać niezwłocznie w sprawach gminnych i będzie dopiero jutro. Cóż, nie były to jeszcze czasy wszechobecnych komórek.. Stanąłem w dylemacie: ..albo wracam do Krakowa i jadę znów rano do miejsca w którym już byłem, albo znajdę kwaterę i poczekam na urzędnika. Czynnik ekonomiczny nakazał mi wynajęcie kwatery i stawienie się w urzędzie nazajutrz. Tak zrobiłem.. Zresztą kwaterę załatwiła mi właśnie Pani sekretarka jednym telefonem i za niewielkie „dutki”, bo poza sezonem było. Zakwaterowałem się około południa i poszedłem w góry.. Wróciłem głodny i zmęczony o 17-tej na kwaterę w nadziei na jakąś kolację. Niestety kwatera nie była w mocy mnie nakarmić, ale wynajemca wskazał mi kierunek do karczmy w której swe potrzeby mógłbym zaspokoić. Trafiłem bez problemu. Lokal mroczny w stylu góralskim, dość przyjemny, płonący otwarty kominek, generalnie spoko. Zaciąłem sobie fantastyczny biały barszcz z białą kiełbasą i jajeczkiem, co mnie głód ukoiło wzorcowo a po czym poczułem się bardzo miło. Na kwaterę mi się nie spieszyło gdyż pora była nie najpóźniejsza, dlatego kazałem sobie setę czystej i zajarałem szluga, peta, papierocha. Rozejrzałem się po knajpie... Prawie pusto. Jestem tylko ja i parę stolików dalej grupa górali spożywająca piwko dyskutując intensywnie. Wcześniej nie zwrócili mojej uwagi, bo mi głód zmysły zaćmiewał, lecz kiedy zaspokoiłem podstawowe kwestie zaczął intrygować mnie temat ich rozmów.. Wsłuchałem się udając, że zupełnie mnie nie interesują. Zresztą Oni też mnie ignorowali zajęci własnym towarzystwem i tematem. ...a temat wyszukali sobie godziwy, acz popularny w męskim towarzystwie spożywającym produkt przemysłu browarniczego. Temat: Wojsko! Sącząc driny i spalając tytoń nasłuchałem się przedziwnych historyjek, od których zaśmiewałem się ukradkiem. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby w pewnym momencie niejaki Józek zapodał: „Pany! Posłuchajta! Opowiem wam pewną historię, którą zasłyszałem parę lat temu od swojego syna chrzestnego co z woja wtedy wyszedł.. Słuchajta!”. ..i tu Józek opowiedział historię Wsak,a której byłem świadkiem, i ją Wam opisałem.. Byłem w szoku! Józek opowiadał, a opowieść ta nie odbiegała zbytnio od tej prawdziwej sprzed lat... Mimo, że opowiadał historię usłyszaną z innych ust, nie przekłamywał jakkolwiek. Zgadzało się wszystko! Józek skończył, ja zapłaciłem i poszedłem na kwaterę...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *