Przeskocz do treści

  Infradźwięki będące poza zakresem słyszalności dla ucha ludzkiego, zasadniczo pozostają poza interesem rejestracji dla celów filmu, a ich partie graniczne między słyszalnością i niesłyszalnością, oraz rezonansy z nimi związane mogą powodować kłopotliwie doskwierające zakłócenia. Współczesne przetworniki (mikrofony) i elektronika wzmacniająca, oraz miksująca dźwięk „słyszą” dużo większy zakres częstotliwości dźwięków tak w zakresach górnych, jak dolnych niż ludzkie narządy słuchu i charakteryzują się również dużo większą czułością. Ponadto w odróżnieniu od słuchu ludzkiego przetworniki „słyszą” obiektywnie, kiedy mózg ludzki selekcjonuje impulsy od ucha odbierającego fale akustyczne. Infradźwięk który na planie filmowym jest ledwie słyszalny lub zupełnie niesłyszalny, „po elektronice” na odsłuchu i rejestracji może urastać do poziomu hałasu. Jak infradźwięki mogą powodować kłopoty opiszę na trzech przykładach z trzech różnych produkcji.

Pierwszy: Miałem kiedyś rejestrację kilku scen filmowych w pewnym nowym szpitalu na peryferiach Warszawy. Już podczas pierwszego kontaktu z tym obiektem zauważyłem w nim dziwną atmosferę akustyczną, a po uruchomieniu elektroniki usłyszałem bardzo nieprzyjemny niski pomruk. Uświadomiłem sobie, iż ewidentnie mam do czynienia z infradźwiękiem emitowanym z jakiegoś urządzenia na wyposażeniu szpitala, prawdopodobnie należącego do systemu zasilania energetycznego. Co charakterystyczne dla infradźwięków, mimo że był on gołym uchem ledwie słyszalny, powodował w ekipie zauważalną nerwowość, a co istotniejsze był nieprzewidywalny. Mimo że w obiekcie szpitala został jedynie wyselekcjonowany na potrzeby produkcji jeden fragment korytarza oraz dwie sąsiadujące z nim sale, na tej stosunkowo niedużej przestrzeni tego planu filmowego infradźwięk pojawiał się w różnych miejscach, a zanikał w innych. Operując gołym słuchem lub mikrofonem po elektronice wystarczyło przemieścić się o kilkadziesiąt centymetrów aby znaleźć się w zasięgu działania infradźwięku, albo jego zaniku. To bardzo zła sytuacja dla mikrofoniarza albowiem styka się ze zjawiskiem nieprzewidywalnym, nie do wyeliminowania, a zastałym nieoczekiwanie. Wyłączyć szpital spod zasilania energetycznego raczej nie wchodzi w rachubę, dlatego dla mikrofoniarza pozostaje pogodzić się z warunkami i próbować unikać zakłócenia operując mikrofonem z miejsc z których nie pożądany efekt jest najsłabszy. Można oczywiście pójść na łatwiejsze rozwiązanie i zainstalować aktorom mikroporty których mikrofony znajdując się bliżej źródła dźwięku będą mniej aktywne na zakłócenia infradźiękowe poprzez zmniejszenie wzmocnienia na potencjometrach miksera, lecz dla mikrofoniarza szukanie najłatwiejszych rozwiązań w takim przypadku nie jest najwłaściwsze, bowiem rezygnuje wówczas z pasma, dynamiki i co ważniejsze z atmosfery obiektu, a przecież dla mikrofoniarza najważniejsze jest zarejestrowanie ładnego słuchowiska dźwiękowego. W montażu pomruki infradźwiękowe są do zredukowania za pomocą filtrów, jednak profesjonalny mikrofoniarz powinien dostarczyć do montażowni materiał jak najbliższy doskonałości nie licząc na inteligencję montażysty, który może właśnie mieć trudny dzień i coś mu się nie będzie chciało, bądź nie wie jak tego dokonać.

Drugi: W 2001 roku realizowałem wraz z krakowskim artystą i zarazem moim przyjacielem Wojtkiem, oraz moim przyjacielem realizatorem dźwięku Sławomirem nasz wspólny i finansowany przez nas projekt nagrania płyty akustycznej. Ja prócz sponsoringu zajmowałem się stroną mikrofoniarsko - reżyserską przedsięwzięcia, Sławek realizacją i montażem, natomiast głównym wykonawcą był Wojtek znany już w krakowskim środowisku muzycznym „bębniarz”. Wojtek plasował się wen czas w kategorii muzycznej zwanej pod ogólną nazwą „afro” wykorzystując instrumenty typu kongi (congas), czyli bębny kubańskie wywodzące się z kontynentu afrykańskiego, oraz wszelakie idiofony nie dęte na przykład lubianą przez Niego drumlę. Te z idiofonów (nie myląc z wariofonem czyli wykrywaczem kłamstw), które „pracują” w niskich częstotliwościach są dla mikrofoniarza bardzo trudną kwestią, gdyż instrumenty te inicjują drgania powietrza poprzez swój niekontrolowany rezonans w wibracje o nieoczekiwanych partiach częstotliwości niskich, a skutki ich penetracji, odbić, przenikań, przekazywaniu rezonansów na inne instrumenty muzyczne lub wyposażenia studia nagrań, są dla mikrofonów i elektroniki bardzo nieprzychylne. Nawet ten idiofon który w założeniu wykorzystania „proponuje” wysokie i słyszalne częstotliwości, to podczas wytracania swojej energii może począć emitować infradźwięki do coraz najniższych niejako skalując zakres, a wtedy zakłócenie wystąpi wtedy gdy w tą częstotliwość „wpasuje się” jakiś element znajdujący się w jego zasięgu i wpadając w rezonans wyemituje własny dźwięk zakłócając nagranie czystego materiału. Najbardziej narażonymi elementami są membramofony, instrumenty talerzowe oraz instrumenty posiadające pudła rezonansowe. Większość z idiofonów które posiadają moc emisji infradźwięków mają spore gabaryty, ale może to być złudne bowiem drumla o której wspominałem jest idiofonem szarpanym o małych rozmiarach, jednak współpracując z jamą ustną jako rezonatorem staje się już dużo większym instrumentem, a stosując technikę wydychania powietrza, może emitować wzmocniony zakres w dolnych częstotliwościach o nieprzewidywalnym zakresie. Wojtek zaprosił do nagrania kilku muzyków. Między innymi kontrabasistę, klawiszowca, gitarzystę basowego oraz wykonawcę muzyki na instrumencie zwanym didgeridoo. Didgeridoo pochodzi z Australii i jest idiofonem oraz aerofonem uważanym przez niektórych historyków muzyki za najstarszy na świecie instrument dęty. Pierwotnie była to rura z eukaliptusa wydrążona wewnątrz specyficznie w perforacji przypominającej gwint przez termity i przycięta od długości 1m do 2 m; a im dłuższa tym niższy dźwięk można było i jest z niej uzyskać, oczywiście w modulacji, dmuchając w nią w umiejętny sposób. Dzisiaj instrument ten jest wykonywany rzemieślniczo najprzeróżniejszymi technikami i z przeróżnych materiałów, a uzyskać egzemplarz eukaliptusowy drążony przez termity nie jest łatwo, oraz cena takiego jest wysoka. Lecz według mojego subiektywnego poglądu akustyka – mikrofoniarza, poszukiwanie didgeridoo wykonanego technikami pierwotnymi nie ma większego sensu prócz dowartościowywaniem się muzyków faktem posiadania instrumentu zgodnego z historycznymi technikami jego utworzenia, bowiem z punktu widzenia zjawiska fizycznego jakim jest dźwięk, źródło jego uzyskania w procesie technologicznym jest mało istotne jeśli muzyk uzyskuje efekty które Go zadowalają, oraz co istotniejsze, zadowalają odbiorców Jego pracy. Zresztą nie tylko ja uważam, że najstarszym idiofonem jest głos ludzki, na którego właściwości lepsze lub gorsze mają czynniki genowe lub przypadkowe. Dzisiaj najlepszym raperem jest człowiek o białym kolorze skóry, a najlepszym golfiarzem w czarnym. Nie jest istotne jaka technika i instrument, ale uzyskany efekt! Dla mikrofoniarza jest najważniejsze jak ten efekt poprawnie zarejestrować. Kiedy w studio muzyk z wykorzystaniem dydżyrydoo rozpoczął próby, odezwały się wszystkie instrumenty w nim przebywające! Najpierw zagrała perkusja, potem fortepian, następnie szyby w oknach! Elektronika zwariowała, wykazując wysterowanie na najwyższych słupach. Musieliśmy ze studia wyprowadzić perkusję i fortepian, a okna osłonić grubymi zasłonami. Wszystkie parametry na konsoli sprowadziliśmy prawie do zera, a dopiero wtedy mogliśmy dydżyrdoo nagrać czysto technicznie do późniejszego montażu.

Trzeci: Wykonywałem kiedyś zdjęcia podczas dzwonienia Dzwonem Zygmunta na Wawelu pod samym rozhuśtanym kielichem. Zdziwiłem się, bowiem ekipa dzwonników porozumiewała się głosem między sobą pod dzwonem, który ten „walił” niebywale. Co ciekawe, sam Ich słyszałem bez problemu! Nośnikiem informacji dla ucha ludzkiego są częstotliwości wysokie. Dzwon bijąc w niskich częstotliwościach, po kilku kilometrach, ewoluuje w wyższe częstotliwości słyszalne na kilkanaście kilometrów. Pod samym dzwonem nigdy nie udało się nagrać Jego dźwięku. Najlepsze miejsca do nagrania Zygmunta, akustycy trzymają w tajemnicy.

  Wydaje się być oczywistym, iż wiedza i fachowość poszczególnej jednostki osobowej bierze się z nauk Ich nauczycieli na uczelniach, bądź szkołach lub kursach, oraz z ksiąg spisujących wiedzę przez biegłych w danej dziedzinie. Jednak są w naszej rzeczywistości zawody, których nie wykłada się na wydziałach uczelnianych, nie ma szkół, nie ma kursów, nie ma ksiąg... Są natomiast fachowcy w tych „tajemniczych” branżach, wykonujący swoją pracę na co najmniej przyzwoitym poziomie, nieraz bardzo przyzwoitym, a czasem wręcz wirtuozerskim. Należałoby zadać pytanie, skąd owi fachowcy się biorą, lecz odpowiedź jest banalna! Uczą się od siebie nawzajem, wciągają się „w temat” samodzielnie, nauczają jak się da”, często wykonując pracę i jednocześnie naukę na „żywym organizmie” w ten sposób zdobywając cenne doświadczenie. W tych niszowych zawodach przyszli fachowcy nie mogą liczyć na literaturę branżową albowiem taka nie występuje, a Ci którzy zdobyli wiedzę i doświadczenie nie chcą, lub nie potrafią podręczników stworzyć dla następców w swoim fachu. Zawody te często zbliżają się bardziej do rzemiosła.Między innymi takim zawodem jest: „mikrofoniarz”.

Czytaj dalej... "Mikrofonarz na planie"

  Tytuł dla mojego artykułu wybrałem świadomie. Mając doświadczenie z setek produkcji i współpracując z wieloma reżyserami dźwięku, wielokrotnie w różnych sytuacjach konfliktowych słyszałem z ust reżyserów, operatorów, sarkastyczne zdanie: „Jesteście złem koniecznym!”. Skąd się wzięło „macosze” traktowanie dźwięku w produkcjach filmowych postaram się, aczkolwiek subiektywnie wyjaśnić. Jak wiadomo film to obraz i dźwięk jednak trzeba wiedzieć, iż efekt końcowy czyli gotowy produkt przeznaczony do projekcji na seansach w kinach, emisji w TV, powielaniach na płytach i tym podobne, może posiadać dźwięk zrealizowany w dwóch różnych technologiach, droższej lub tańszej. Droższa, to dźwięk podkładany w tzw. postprodukcji. Polega ona na tym, że na planie filmowym rejestrowany jest dźwięk roboczy. Po zmontowaniu filmu od strony obrazu z wykorzystaniem dźwięku roboczego, powstaje produkt niedokończony. Niedokończony o dźwięk właściwy. Dźwięk właściwy zostaje zarejestrowany w warunkach studyjnych, poprzez podanie aktorom w studio nagrań na słuchawki dźwięku roboczego, a Ci podług tego co słyszą w słuchawkach i podkładają swoje kwestie na mikrofony studyjne tworząc dźwięk właściwy. Oczywiście postprodukcja to nie tylko dźwięk, ale również i na przykład obróbka komputerowa. Czytaj dalej... "Dźwięk, zło konieczne!"

  Nie byłoby dobrze zapomnieć o zagrożeniu zjawiskiem spalania. Strażacy mają powiedzenie: "Spalić da się wszystko, to tylko kwestia temperatury", co oznacza za tym, iż jeśli jakiś przedmiot posiada temperaturę poniżej swego zapłonu, nie zapali się w żaden sposób, a teza ta została wykorzystana dla stworzenia jednego z najnowocześniejszych systemów przeciwpożarowych. Nawet czarny proch wymaga dla swego zapłonu iskry wysokotemperaturowej. Nie tyczy się to palnych oparów i gazów, ale to już inna sprawa, bo chciałbym za pomocą tego wstępu przejść do zagrożenia pożarem na planie filmowym. Przepisy BHP jednoznacznie zabraniają używania ognia otwartego na planie filmowym przez członków ekipy filmowej, prawdopodobnie aby uniknąć zagmatwania w temacie, gdyż różnorodności planów filmowych jest tyle, ile życie może pokazać. Jak bowiem można porównać pod względem zagrożenia pożarem, zdjęcia plenerowe w łanach dojrzałych zbóż o upalnej pogodzie, ze zdjęciami zimowymi w otwartym polu brodząc w śniegu po kolana? Zresztą określenie plenerowego planu filmowego jest bardzo płynne i tak naprawdę nigdy nie wiadomo gdzie ono się zaczyna, a gdzie kończy, stąd ów zakaz bardziej dotyczy studiów filmowych, telewizyjnych i scen teatrów.

Czytaj dalej... "Pożar"

 

Rekwizyt

Kolejnym niebezpieczeństwem jest rekwizyt spożywczy. Rekwizyt spożywczy działa przebiegle nęcąco. Jest zarzucony jak przynęta na rybę i czyha na ofiarę przez okres nagrywania sceny do momentu jego zgrania. Rekwizyt spożywczy jest przepiękny, wygląda smakowicie i powabnie, kusi aby go naruszyć organoleptycznie. Lecz żaden członek ekipy filmowej nie może się omamić walorom estetycznym obiektowi rekwizytu, i musi się wykazywać wobec niego egzaltowaną obojętnością z lekkimi cechami nieukrywanej ostrożności. Kilka lat temu mój kolega, w przerwie spowodowanej korekcją charakteryzacji aktora, postanowił pokrzepić się nawarem z ziaren kawy, które spożywał zwyczajowo z domieszką mleka. W miejscu socjalnym gdzie dokonał aktu zaparzenia, zabrakło produktu przemysłu mleczarskiego, stąd począł gorączkowo rozglądać się za miejscem ewentualnie innego pobytu jakiegoś zasobnika z tym płynem. 

Czytaj dalej... "Niebezpieczny rekwizyt!"

  Następne zagrożenie jest typowe dla pracy asystenta reżysera dźwięku w produkcji setkowej, obecnie najczęściej wykorzystywane ze względu na niższy koszt produkcji, poprzez pominięcie postprodukcji z kosztownymi elementami pod synchronizacyjnymi, czyli tak zwanego podsynchro. Jest to zagrożenie bardzo poważne w skutku pozbawienia asystenta wolności, czyli wylądowaniu Jego osoby w więzieniu. W pracy asystenta reżysera dźwięku występuje częsty element montażu mikrofonu bezprzewodowego, tak zwanego mikroportu. Czynność tą cechuje często manipulowanie w intymnych częściach garderoby aktora, celem ukrycia mikrofonu, a następnie nadajnika i kabla ich łączącego. W przypadku męskiej, dorosłej części aktorstwa problem ten wydaje się być nie istniejący i dotyczy głównie aktorów płci żeńskiej, a co ważniejsze dziecięcej, oraz nieobytych z planem filmowym statystek mających tekst do wypowiedzenia podczas ujęcia. Chodzi po prostu o oskarżenie, o molestowanie seksualne. Ten bardzo delikatny i niebezpieczny w konsekwencjach problem postaram się rozwinąć jak umiem najlepiej, aczkolwiek nie jet to łatwe ze względu na jego specyfikę. Jeśli ktokolwiek, oczywiście spoza branży mikrofoniarskiej, ma mniemanie iż instalacja mikroportu na prze śliczniutkiej aktorce jest swoistą i uatrakcyjniającą pracę czynnością, przebywa w głębszym błędzie niż dno Rowu Mariańskiego, albowiem profesjonalista jest wyzbyty czerpania korzyści emocjonalnych, składając wyłącznie sterylny profil swojej pracy na najwyższą jakość uzyskanego dźwięku. Czyżby przyszły dźwiękowiec chciał posiąść ten zawód aby mógł obmacywać gwiazdy? Czytaj dalej... "Dotyk na planie"