Przeskocz do treści

 

Rekwizyt

Kolejnym niebezpieczeństwem jest rekwizyt spożywczy. Rekwizyt spożywczy działa przebiegle nęcąco. Jest zarzucony jak przynęta na rybę i czyha na ofiarę przez okres nagrywania sceny do momentu jego zgrania. Rekwizyt spożywczy jest przepiękny, wygląda smakowicie i powabnie, kusi aby go naruszyć organoleptycznie. Lecz żaden członek ekipy filmowej nie może się omamić walorom estetycznym obiektowi rekwizytu, i musi się wykazywać wobec niego egzaltowaną obojętnością z lekkimi cechami nieukrywanej ostrożności. Kilka lat temu mój kolega, w przerwie spowodowanej korekcją charakteryzacji aktora, postanowił pokrzepić się nawarem z ziaren kawy, które spożywał zwyczajowo z domieszką mleka. W miejscu socjalnym gdzie dokonał aktu zaparzenia, zabrakło produktu przemysłu mleczarskiego, stąd począł gorączkowo rozglądać się za miejscem ewentualnie innego pobytu jakiegoś zasobnika z tym płynem. 

Czytaj dalej... "Niebezpieczny rekwizyt!"

Opowiedział mi tą historię mój kolega z planu, jak film robiliśmy. Było to w tym wieku, może około roku 2001-ego? Wen czas On zapodawał po Warszawie jako młody fachowiec filmowy. Roboty miał sporo, bo ogarnięty był. Zapoznał On dziewczynę z okolic Warszawy, czyli ładną, a robotną dziewuchę ze wsi. Znajomość Ich trwała dość długo aby domniemywać, że zakończy się ślubem kościelnym z wiankiem na skroni niewieściej. Mój kolega miał na imię Mietek (imię zmienione na potrzeby artykułu), a jego oblubienicą była Basia (imię zmienione na potrzeby artykułu). Zakochany Mietek często pomykał do gospodarstwa rodziców Basi, aby się z Nią spotkać. Doszło do tego, że Mietek począł nocować w gospodarstwie przyszłej żony, co stanowiło chyba deklarację ożenku!

Czytaj dalej... "Obietnica"

światła

  Kiedy wspomina mi się ta historia, spina mnie pośladki, bo mogło być „grubo”. Mawia się: „Z małej kropli, duży deszcz”, a w tym zdarzeniu mogło tak być.

  A było to w tym wieku, dwudziestym pierwszym, gdzieś nieopodal roku 05 -tego. Pracowałem wtedy w agencji reklamy obsługującą centralną część Polski. Głównie Warszawa z przyległościami. Poruszałem się wtedy po Warszawie służbowymi środkami transportu motoryzacyjnego w postaci aut renomowanych marek obrendonowanych (oklejonych w logo firmy - przypis autora), celem kontaktów z jej klientami.

  Pewnego dnia wydarzyła się sytuacja, że musiałem pojechać do klienta zabierając ze sobą grafika komputerowego, aby klientowi wytłumaczył zawiłości problematyki w tej konkretnej kwestii dotyczącej sprawy. Z grafikiem znałem się osobiście, byliśmy kolegami. Zresztą, w tamtym okresie często zapodawałem do klientów za wspomogą grafików, bowiem znając technologię druku, nie miałem wiedzy w tematach montażu komputerowego. Tak, czy owak pomykamy ja i montażysta w kierunku - klient. Ja prowadzę wypasiony wehikuł motoryzacyjny, obok zasiada grafik

Czytaj dalej... "Ładna Pani"

 Było to w ubiegłym wieku, około 1978 roku. Tuż pod granicą ze Słowacją, w miejscowości Jaworki, nieopodal malowniczego wąwozu Homole. Kilka lat wcześniej komunistyczna władza ludowa, za naśladownictwem kołchozów sowieckich wymyśliła sobie, aby tam utworzyć bacówkę zmasowaną na kilka tysięcy owiec. Budowę rozpoczęto, kiedy po kilku latach budowy kazało się, że jest to projekt utopijny. Trzeba byłoby zatrudnić kilkudziesięciu baców, kilkudziesięciu juhasów, kilkanaście psów pasterskich, całą rzeszę pracowników obsługi higienicznej obiektu, etc. Prace budowlane przerwano, mimo że stał już ukończony budynek gospodarczo mieszkalny z płazów świerkowych, i zagroda 50 m długości na 25 m szerokości była już pod dachem. Całość wykonana z drewna na fundamentach żelbetowych, a kryta gontem. Monstrualny obiekt! Długo władza komunistyczna zastanawiała się, komu „wcisnąć” ten niefortunny „prezent”, aby nie rozniosła się wieść o niegospodarności i wydanej fortunie na budowlę która niszczeje. Rozwiązanie problemu wymyślono, i potężną bacówkę przekazano (najpewniej pod przymusem) Związkowi Harcerstwa Polskiego - na przyszłą stanicę harcerską. Czytaj dalej... "Nauczyłem się pływać w szambie."

Szyba

Było to w ubiegłym wieku, chyba w 1998 roku. Mieszkałem wtedy w dzielnicy krakowskiej - Kazimierz, a konkretnie na ulicy św. Sebastiana, o trzysta metrów od Wawelu. Obok kamienicy w której mieszkałem, zamieszkiwał człowiek, który sam wychowywał dwóch synów jednojajowych, bo żona Jego po prostu zmarła. Jeden miał na imię Jacek, drugi Wacek. Mieli po osiem lat. Rozrabiaki to były niemiłosierne, istne „diabły” znane na „dzielni” przez wszystkich jej mieszkańców! Oczywiście mieli mnóstwo wrogów, wobec swych pomysłów na skomplikowanie spokojnego życia swojego oraz rejonu, który był w ich władaniu. Głównym ich wrogiem był leciwy sąsiad z kamienicy naprzeciw, który notorycznie donosił na nich za onych wybryki ich ojcu. Faktem jest, iż miał na co albowiem chłopaki pomysłów mieli bez liku, a nie było tygodnia bez grubszej afery, o małych nie wspominając. Pewnego razu upalnego lata, postanowili poskładać samolociki z kartek wyrywanych z zeszytów, a maczając ich dzioby w atramencie, puszczali samoloty naprzeciw ulicy w otwarte okna sąsiada, namaszczając jego firany znamienitymi ornamentami osuwających się po nich samolotami atramentowymi ubarwiając je niczym we flagi czarno-białe kultowej kapeli „Republika”.

Czytaj dalej... "Bliźniaki"