Przeskocz do treści

5

samolot

Przed wcieleniem mnie do Armii Ludowego Wojska Polskiego, zaproponowano mi na Wojskowej Komisji Uzupełnień przejście szkolenia spadochronowego. Przystałem na to, gdyż jak już miałem tą obowiązkową służbę "odbębnić", to przynajmniej z przytupem i przygwizdem! Było to w ubiegłym wieku, o roku 1985 - tym. Pojechałem na to szkolenie do Krosna, gdzie znajdowało się lotnisko na którym prowadzono szklenia rekrutów na przyszłych spadochroniarzy. Miałem 19 - lat. Szkolenie prowadził instruktor wojskowy w randze majora (dzisiaj jest generałem). Na pierwszy mój skok ze spadochronem, zasiadłem z majorem w samolocie „Antek”. Siedzieliśmy naprzeciw siebie. Czytaj dalej... "SPADANIE"

  Przebywałem wtedy w mundurze żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, a było to w ubiegłym wieku. Byłem już stosunkowo „stary” do innych moich kolegów w niedoli, bowiem dobiegałem 22 - ego roku życia. Była to jednostka nieduża, i miała własne tradycje odnośnie jej życia żołnierskiego. Jedną z takich tradycji żołnierskich tej jednostki wojskowej, było smażenie pączków z samego świtu na śniadanie w niedzielę. Chodziło zapewne o to, aby śniadanie niedzielne było na tyle atrakcyjne, by „wynagrodzić” żołnierzom brak przepustki do domu, albo niemożność wyjścia z jednostki na mszę do pobliskiego kościoła. W jakiś sposób to działało, bo rzeczywiście śniadania niedzielne były późniejsze, dając możliwość wyspania żołnierzowi, ponadto dużo bardziej treściwsze, wydawane nawet do godziny dziewiątej rano! Czytaj dalej... "Pączek!"

  Nieopatrznie wyskoczyła kwestia RODO, a jak raptem chciałem opisać pewną historię z wojska z użyciem istniejącego wen czas człowieka z Jego nazwiskiem. Hmm, jak z tego wybrnąć, jak wybrnąć? Jednak na wszystko znajdzie się rada! Otóż poniższa historia jest moim wymysłem literackim, co deklaruję, i tak ją należy przyjąć w odbiorze! A było to tak: Po „unitarce” (wojskowe szkolenie podstawowe – przypis autora.) przydzielono mnie do małej jednostki wojskowej na południu kraju. Tam przebywał już starszy stażem żołnierz służby zasadniczej o nazwisku Chorążyczewski. Co ciekawe, ów żołnierz w szarży starszego szeregowego pełnił funkcję dyżurnego na centrali telefonicznej. Ja byłem młodszy stażem żołnierzem więc na żarciki nie mogłem sobie wobec Niego pozwolić, ale Jego koledzy z „fali” („fala” to ten sam rocznik z poboru – przypis autora.) mający trochę wolnego czasu robili Mu pewne psikusy. Czytaj dalej... "Centrala"

  Przebywałem w wojsku już kilka miesięcy, kiedy po pierwszych pobytach na strzelnicy, kadra dowódcza dostrzegła moje umiejętności strzeleckie. W „kwitach” miałem zapisane, że pomykałem wyczynowo strzelectwo kulowe na WKS „Wawel” wiele lat, i to dopięło kwestii, iż należy mnie skierować na kurs strzelca wyborowego. Zajęcia zaczęły się od teorii. Wykładowca w randze porucznika o wyrazie czoła nieskażonego myśleniem, Czytaj dalej... "Przesłanie"

Poznałem tego człowieka, kiedy byłem żołnierzem. Było to w 1987 roku. Człowiek ten miał na nazwisko Wsak (zmienione na potrzebę opowiadania). Obserwowałem tego żołnierza z racji mojej ciekawości socjologicznej, a po tym skumplowałem się z Nim. Miał na imię Krzysztof, na nazwisko Wsak. Był z poboru młodszego, jednak zaintrygował mnie swoją postawą. Pochodził z niedalekiej miejscowości od jednostki wojskowej, w której zalegaliśmy. Krzysiek był niereformowalny! Czytaj dalej... "Wsak"

  Było to w 88' roku. Byłem wtenczas w głębokim, komunistycznym MON-ie (odbywałem zasadniczą służbę wojskową), w pewnej jednostce wojskowej na południu Kraju. Miałem wtedy słóżbę na kuchni. Z reguły robiłem patrole i ochronę obiektów oraz osób, ale trafiały się takie perełki jak słóżba na kuchni. Wpadłem na kuchnię!! Blisko koryta jest zawsze miło, i tym razem też było miło. Stała tam maszyna do mielenia mięsa, przemysłowy przedmiot maszynowy. Czytaj dalej... "Mięso mielone."