Przeskocz do treści

Świat się zatrzymał 04.10.2019 roku o godzinie 7.05. Wtedy Odszedł Robert.

Robert– Syn. Robert – Tata. Robert – Mąż. Robert – Brat. Robert – Wujek. Robert – Siostrzeniec. Robert – Szwagier. Robert – Przyjaciel.                Robert – Dźwiękowiec. Robert – Poeta. Robert – Bloger. Robert – Strzelec. Robert – Artysta. Robert – Malarz. Robert – Fotograf. Robert – Filmowiec. Robert – Kowal. Robert – Rusznikarz. Robert – Tysiące pomysłów.       Robert – Tryskający humor. Robert – Cięta riposta.                                 Robert – Wysublimowany dowcip. Robert - Fantastyczny człowiek.      Robert – Dobry człowiek. Robert – mój Bliźniak.

Odszedł elegancko, jak żył. Nikomu nie sprawił krzywdy, a swoim Odejściem, kłopotów. Dyskretnie wycofał się z życia. Życie turla się co dnia. Tylko, że bez Roberta jest przeraźliwie smutne.

Bądź Roberciku spokojny, szczęśliwy i radosny na wieki.


Charakterystyczna była to służba. Pół kompani była w zaprzysiężeniu pod bronią, pół odpoczywało, aby następną przejąć zmianę, ale nawet ta odpoczywająca była pod pełną gotowością z natychmiastowym dostępem do boni i amunicji. Oczywiście występowała wśród nas jakaś forma „fali – starzy, młodzi”, ale bardzo umiarkowana bowiem ciężko sobie wyobrazić, że „dojeżdżasz” gościa z którym jutro wyruszasz w patrol, i chcesz na niego liczyć wobec tego czego nie wiesz co może się jutro wydarzyć. Mawiał mój sierżant w MONie: "Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia." Mawiał też: "Jak cię kto tu nie wykończy Adamowski, to sam cię zaduszę własnymi rękami". Po prawdzie nie za bardzo pałał do mnie sympatią nie wiem z jakiego powodu, robiąc mi wszelakiego rodzaju „psikusy”. A to mi przepustkę wstrzymał, pracę poza kolejnością zapodał, przedstawił do ukarania za jakąś bzdurę. Ogólnie coś do mnie miał, ale nie chciał się ujawnić co! Wielokrotnie próbowałem się z sierżantem dogadać. Mówiłem: „Panie sierżancie, jedziemy na tym samym wózku w zaprzysiężeniu i pod bronią dzień, po dzień. Po co mi sierżant kłopoty robi, kiedy ja mogę również zrobić kłopoty sierżantowi!”. Zwykle uśmiechał się pod nosem odburkując tak cicho abym słyszał: „Co ty mi możesz zrobić Adamowski? Sp....j!”. O pojednaniu nie było mowy. Lecz czas mijał, i z nagła powstała sytuacja wzmożonych przepustek dla wojska z racji Świąt Wielkiej Nocy. Powstały wtedy braki osobowe i kto był pod ręką musiał obskakiwać wszelakie posterunki, funkcje lub patrole, aby wartości bojowe jednostki utrzymać w wymogach dla niej zadowalających. Była to bardzo ciepła niedziela wczesno - wiosenna i przypadł mi pod straż najmniej lubiany posterunek bo najdalej wysunięty w las, niemalże pustelnia. Jednak powróćmy do momentu zaprzysiężenia wart.

Czytaj dalej... "Sierżant."

  Było to w ubiegłym wieku, w 1998 roku. Odbywałem wtedy zaszczytną służbę wojskową w Ludowym Wojsku Polskim, i przez niedługi okres czasu obsługiwałem auto alarmowe w naszej jednostce wojskowej. Fucha była niezła bo robiłem co chciałem, ale na gwizdnięcie musiałem wskakiwać w samochód marki Star-28 i pomykać gdzie mnie kazano. Świątek, piątek, dzień, noc pojawiał się podoficer i zapodawał: "GieWu", co oznaczało że mam zabierać pojazd i meldować się pod główna wartownią. Takich wyjazdów miałem 1, 2 lub 3 dziennie, albo w ogóle. Natomiast zawsze jeden obowiązkowy w nocy, celem kontroli wart i posterunków. Obwoziłem wtenczas tylko oficera dyżurnego w tym właśnie celu. Pewnej nocy, było to około godziny 1-ej, budzi mnie podoficer i krzyczy mi do ucha: "GieWu".

Czytaj dalej... "Kryptonim „GW” – Godzina Wojny."

Było to w roku 1971 ubiegłego wieku, a miałem wtedy sześć lat i poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Niebywale się cieszyłem! Przecież był to moment przekroczenia z okresu dzieciństwa do świata „dorosłego” niosącego nowe możliwości zdobywania wiedzy już nie zabawowej, ale tej poważnej, uczelnianej! Pod koniec wakacji mocno gromadziłem materiały na potrzeby kariery naukowej. Wszystko było dzień w dzień oglądane, braki w zapale weryfikowane. Kontrolowana była teczka, piórnik, zeszyty etc. po kilka razy dziennie. Co ważne przedmioty te potrzebne, były nabywane przez moją Mamę, a ja miałem świadomość że mimo iż w domu się nie przelewa, wszystko jest gromadzone jak należy. Traktowałem tą zasobność jak niezasłużony prezent, lub skarb jakowyś na nowy rodzaj życia. Mama miała duże obciążenie, bowiem wszystko co szykowała mnie, rychtowała również dla mojej siostry bliźniaczki. W mury naszej uczelni wszedłem w stanie euforii! Wszystko mi się podobało! Mieliśmy fenomenalną wychowawczynię, byłem z siostrą w jednej klasie, siedziałem w ławce z moim najlepszym przyjacielem. Niestety wydarzyło się coś, co wywarło wpływ na całe moje późniejsze życie.

Czytaj dalej... "Czytam wszystko"

Sam już nie wiem czemu się temu Otwocku czepiam, ale wydarzenia z Nim związane jakoś zawsze były takie jakieś niezwykłe. Było to na początku tego wieku, gdzieś może około roku 2000 - go. Nadeszła wieczorna sobota, i w pobliskiej miejscowości nieopodal Otwocka, w remizie strażackiej działa się impreza dyskotekowa. Zjechało się na nią wielu sympatyków takich zabaw własnymi środkami motoryzacyjnymi, bo niczym innym tam się zajechać nie dało, a tym bardziej późno w nocy powrócić. Ubaw był niebywały, alkohol lał się strumieniami, a Disco Polo latało na okrętkę. Na ten wyśmienity balet przybył popularny w środowisku kolo lat około dwadzieścia parę o wdzięcznej ksywie – Świniak. Świniaka na sali natychmiast dostrzeżono, i został On przez kilku kolegów zaproszony do wspólnego stołu biesiadnego obleganego również przez małoletnie niewiasty, tak zwane „przytulanki”.

Czytaj dalej... "Świniak"

Nie jestem typowym polskim „kolo”. Nie pasjonuje mnie piłka nożna, nie uwielbiam nurzania się w kwestiach motoryzacji, mimo iż posiadam uprawnienia na samochody ciężarowe i przeszedłem kiedyś pozytywnie roczny kurs kierowcy- mechanika samochodowego. Motoryzacja nigdy mnie nie kręciła, raczej jestem z przymusu eksploatatorem maszyn samochodowych w celach zawodowych, lub egzystencji pospolitej, a może dlatego ich usterki wprawiają mnie w dyskomfort bowiem jak coś jeździ, to niech jeździ - a nie że trzeba mu olej wymieniać co i po rusz! Było to już w tym wieku, chyba był 2003 rok. Pracowałem w pewnej agencji reklamy i dzień w dzień pomykałem samochodem służbowym po Warszawie, a to na plan teledysku, a to do potencjalnego klienta, plan reklamy, do drukarni... etc. Czas trwał, a samochód miesiącami sprawował się nienagannie, lecz nastąpił moment w którym zaczął mnie on objawowo zastanawiać. Oto podczas jazdy, kiedy puszczałem pedał gazu obroty silnika spadały bardzo powoli, wręcz majestatycznie. Nie bardzo mi to przeszkadzało bo wen czas wciskałem sprzęgło, hamowałem pedałem hamulca i już. Trwało to tak ze dwa miesiące kiedy nadeszła mnie refleksja i zafrapowałem się.

Czytaj dalej... "Oszukać przeznaczenie."